Rozmowa z filozofem Paulem Horwichem

Kilka tygodni temu przypadkiem natknąłem się na wideo debatę między dwoma filozofami. Jeden z Oxfordu, drugi z NYU (moja alma mata). Pomimo faktu, że studiowałem filozofię i nadal interesowałem się tym tematem, nigdy nie słyszałem o żadnym z tych panów.

Ale moją uwagę niemal natychmiast wywołał uderzający kontrast między stylami performatywnymi każdego z tych mężczyzn. Timothy Williamson, The Wykedam Professor of Logic at Oxford, był genialny, choć uparty, a profesor Paul Horwich z NYU, srebrnowłosa, srebrnojęzyczna oprawa wydziału filozofii, która obecnie jest jedną z najlepszych w anglojęzycznym świecie (i która najwyraźniej nie przyszedł walczyć, ale debatować).

Tymoteusz miał jednak inne zdanie. W jego oczach nie było to wyrównane. Chociaż tego nie powiedział, było oczywiste, że nie uważał swojego przeciwnika w swojej klasie. Dlatego jego misją było wskazanie wad logiki przeciwnika, nauczanie, kiedy mógł, ale zbesztanie w razie potrzeby. Ponieważ nie spodziewał się, że nauczy się czegoś od samego spotkania, wystarczyłoby, gdyby mógł wcisnąć się w nieco spóźnione, filozoficzne sprzątanie domu.

Na początku można było stwierdzić, że coś było nie tak. Timothy, wybrany do rozpoczęcia debaty, nie znając mównicy, zaczął krążyć po scenie, jakby wytyczał swój intelektualny teren. Trzeba było tam być, by docenić, jak bardzo królewski wyglądał: lew zaznaczający swoją trawę. Nie powiedział jeszcze nic, ale dowodził sceną:

„Paul Horwich w„ Metafilozofii ”jego nowa książka mówi… mówi… że wszystko, co przed nim stało…” W pokoju zapadła cisza, czekając na coś, co wydawało się być druzgocącym oświadczeniem.

"ŚMIECI!"

Słowo zostało dostarczone z siłą pocisku.

„Paul Horwich mówi, że tradycyjna filozofia (to, co nazywa„ filozofią T ”), wszystko, co dotychczas zostało osiągnięte, to:„ RUBBISH! ”

Profesor Wykedam, jeden z czołowych logików na świecie, nie mógł tolerować ogromu zniewagi, podczas gdy Paul Horwich, siedzący cicho na krześle, wydawał się przerażony okrucieństwem oburzenia.

To był moment, kiedy tygodnie później spotkałem się z Paulem Horwichem po raz pierwszy, postanowiłem podkreślić:

„Pomyślałem, że to nada ton następnemu. Zachowywał się, jakby to nie było równe szanse. Że jego zadaniem było wskazanie twoich błędów…

„Och, zrozumiałeś.”

Podobał mi się komplement, ale było jasne, że między nimi była jakaś historia.

„Tim i ja cofamy się daleko. Spotykamy się, rozmawiamy. Znałem jego żonę i dzieci. Byłem nawet w jego domu.

Stopniowo wszystko się zmieniło. Ich różnice filozoficzne wzrosły. To, co kiedyś było obiecującą przyjaźnią, zaczęło się rozpadać. Po prostu nie było łatwo dyskutować z kimś, kto tak stanowczo sprzeciwiał się każdemu twojemu stanowisku.

Czy debatujesz z nim jeszcze raz? Chciałem wiedzieć.

"O tak."

Po roku badań i przeprowadzania wywiadów z naukowcami pierwszego stopnia za drugim pojawił się pewien wzorzec. Uświadomiłem sobie, że jako ktoś na szczycie stosu rzadko przypisywałeś nazwę „geniusz” rówieśnikowi. Prawie nigdy się nie chwaliłeś, bez względu na to, jak wielkie były twoje talenty. Bez względu na to, na ile zasłużyłeś, niechętnie przyjmowałeś nawet szczere komplementy. Nigdy - niezależnie od tego, jak okrutnie zaatakowałeś, jak bardzo kipiałeś wewnętrznie - nie pochyliłeś się do poziomu ataku ad hominem. Za wszelką cenę pojechałeś wysoką drogą. Możesz być podatny na zranienie, ale podatność na atak nie była czymś, z czym łatwo sobie poradziłeś. Jak każdy, o którym wiedziałeś, że istnieje psychopatologia, ale jako certyfikowany filozof, ekscytujące życie wzbudziło twoje zainteresowanie. A jeśli chodziło o intruzów lub rozmówców, takich jak skromny korespondent, który nie został w pełni zweryfikowany, postępowano z należytą ostrożnością. Pomimo tego, że jesteś w restauracji, zdecydowałeś się nie jeść, nawet jeśli byłeś głodny, nie piłeś i starałeś się być na bieżąco.

Ale miałem asa. Jako doświadczony psychoterapeuta mogłem empatycznie wysłuchać wszystkiego, co miał do powiedzenia drugi, sprawdzić moje ego przy drzwiach i zatracić się w rozwijającej się narracji. Nic nie było dla mnie zagrożone, więc nie było powodu do rywalizacji.

Zdałem sobie sprawę, że naukowcy są bardziej zainteresowani szanowaniem niż zrozumieniem. Niezrozumienie było częścią gry. Ale zrozumienie było cechą, której trudno się oprzeć, i wkrótce zostanę zaproszony do ich kręgu zaufania.

Na przykład Paul, chociaż wybitny student w swojej rodzinnej Anglii, nie wiedział, co naprawdę chciał studiować. Interesował się w ogólny sposób podstawami wiedzy, więc być może matematyka i fizyka powinny go kontynuować. To był jeden powód, dla którego przyszedł na MIT. Innym było to, że była to „era Thatcher”, a przyjazd do Ameryki wydawał się rozsądnym posunięciem. Po zapisaniu się do MIT szukał kierownika działu, nie tylko ogłosił zamiar kontynuowania kariery w wyższej matematyce i fizyce, ale także określił, kogo chciałby jako mentora.

„Nie tak tu robimy!”

Grzmotliwa nagana - godna stania u boku „Śmieci” Timothy'ego Willaimsona - natychmiast po niej wyszczególniono punkt po punkcie, w jaki sposób mógłby spodziewać się spędzenia czasu w ciągu najbliższych dwóch lat.

„W takim razie, jeśli po tym nadal będziesz chciał podążać ścieżką fizyki i matematyki - pomyślimy o tym”.

Masowo spuszczono powietrze - „Byłem praktycznie we łzach” - zaczął przemyśleć swoje priorytety. Był „w porządku” z matematyki i fizyki „ale nigdy nie będzie Einsteinem”. (Ani też, chciałem powiedzieć, nie było nikogo na tej planecie).

Ale zaczynałem rozumieć jego dryf. Oczywisty genialny człowiek o zdecydowanym filozoficznym usposobieniu, chciał zrobić więcej niż naukowo. Chciał poznać odpowiedź na klasyczne podstawowe pytania - dlaczego świat istnieje?… Dlaczego jest coś, a nie nic?… Dlaczego ten świat, a nie jakikolwiek inny?

Powoli prowadzono go nie do fizyki, ale do filozofii fizyki, nie do matematyki, ale do filozofii matematyki. Uświadomiłoby mu się, że być może jego filozofią było prawdziwe powołanie:

„W filozofii wydawało mi się, że dość szybko rozumiem wszystko, co stało się po mojej myśli. Mogłem się z tym nie zgodzić, ale zrozumiałem, a przynajmniej tak mi się wydawało. ”

Fizyka teoretyczna to inna historia. Nagle w przypominającym nastrój nastroju - pochylając się nad stołem, przy którym siedzieliśmy w klasycznej kawiarni „The Copper Still” w dolnej części East Side - pomyślał:

„Wiesz, że filozofia fizyki naprawdę się zmieniła. Trzydzieści lat temu mogłem całkiem dobrze zrozumieć, co zostało napisane w ogólny sposób. Ale teraz rzeczy się zmieniły. Naprawdę musisz znać fizykę, nie możesz po prostu sobie poradzić. Czasami się teraz gubię.

Wspomniałem o dwóch filozofach, o których wiedziałem, że są bardzo cenione przez społeczność fizyków, głównie ze względu na ich znajomość literatury technicznej: David Albert i Tim Maudlin.

„Tak, David Albert ma doktorat. w fizyce teoretycznej. ”

"Znasz go?"

"O tak. Całkiem dobrze. Był dla mnie bardzo, bardzo miły. ”

„Czy znasz Tima Maudlina? Jest w twoim dziale?

„No tak… Nie tak dobrze jak David Albert”.

„Ostatnio widziałem przez niego wideo. Proponuje odtworzenie fundamentalnej fizyki zgodnie z nowym rodzajem geometrii projekcyjnej, którą obecnie formułuje. ”

Jeśli Paul Horwith był pod wrażeniem, nie pokazał tego.

„On nie jest matematykiem… wykonał jednak kawał dobrej roboty (z filozofii fizyki)”.

Czas mijał. Po raz pierwszy w życiu rozmawiałem blisko i osobiście ze światowej klasy filozofem i równie dobrze mogę to wykorzystać. Powiedziałem mu więc o moim problemie Noama Chomsky'ego: moje nieograniczone uznanie dla jego umysłu, z którym nie mogłem się pogodzić, jego rozwiązywanie nie przyjmuje stylu polemicznego więźniów. Czy przypadkiem nie spotkał się z nim podczas pobytu w MIT?

Ożywiony odwrócił się na krześle i wskazał za siebie.

„Był tuż przy korytarzu!”

Przewidując moje następne pytanie i wiedząc, że raczej nie zadowolę się prostą odpowiedzią, którą opracował.

„Nie jest taki, jak się spotyka. Tak, jest bardzo poważny, ale może też być miły. Widziałem go z doktorantami. Mam na myśli, że ma wysokie standardy i zawsze mówi, co myśli, ale tak naprawdę chce pomagać ludziom. Raz na jakiś czas dostawałem od niego notatkę o czymś, co napisałem lub powiedziałem, że jego zdaniem nie jest to w porządku. Kiedyś miałem wrażenie, że może mnie rozczarował.

Paul Horwich oparł się na krześle. Wydawało się, że przez chwilę cieszy się jego podróż po linii wspomnień z osobliwym contrarianem w korytarzu.

„Wiesz, to było niesamowite. Sposób, w jaki mówił, zawsze w pełnych akapitach. I fakty. Cokolwiek powiesz, wyprodukuje tak wiele faktów. Po chwili chciałeś po prostu zniknąć. Widziałem, jak robi to z ekspertami w dziedzinie spoza swojej dziedziny: po chwili zacznie ich przekonywać pomimo ich oporu. ”

Nie to chciałem usłyszeć.

„Nie sądzę, żeby był wielkim teoretykiem politycznym.”

„Cóż, nie wiem, myślę, że to największy językoznawca, jaki kiedykolwiek żył.”

Podobnie jak inni, których spotkałem wcześniej, Paul Horwich oszczędził pochwały. Mimo że dział filozofii został oceniony jako największy w Ameryce, ani razu nie zgłosił się na ochotnika słowem „geniusz”. Jedyne, co mógł zaoferować wybitnemu współpracownikowi, to „bardzo dobrze… wykonał ważną pracę”. Wydawał się nie być pod wrażeniem faktu, że on sam był bardzo cenionym profesorem w tak bogatym towarzystwie. Ale nie pomylcie się, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, „ile mam szczęścia”, ile przywilejów akademickich był wtajemniczony, po prostu ze względu na swoje stanowisko naukowe.

Jak można się było spodziewać, najbardziej przychylnie odnosił się do swojej nowej książki „Metafilozofia Wittgensteina”, energicznej obrony znaczenia i znaczenia Wittgensteina dla dzisiejszego świata.

„Wittgenstein został w dużej mierze odrzucony. On się nie liczy. Jest wyśmiewany, że nie nadąża za duchem czasu. Ludzie będą nienawidzić tej książki. Nie obchodzi mnie, czy ludzie mnie lubią. Obchodzi mnie tylko to, czy to, co mówię, jest słuszne i myślę, że jest słuszne. ”

Paul Horwich zdaje sobie sprawę, że przyjmując filozofię Wittgensteina „w badaniach filozoficznych” wzbudzi on gniew niektórych głównych współczesnych filozofów: na przykład Timothy'ego Willaimsona. To był jego obowiązek. Nie ma przyjemności kwestionować niektórych świętych zasad tradycyjnej filozofii (którą nazywa T filozofią). W żadnym wypadku nie potępił on całej tradycyjnej filozofii. Z pewnością dokonano wielkich dzieł (przez tytanów takich jak Kant), ale mimo to istniała nieuznana, zgubna passa, która przebiegała przez główny korpus T Philosophy.

Dokładnie tak, jak nauczył nas Wittgenstein (bezskutecznie) tradycyjna filozofia stała się beznadziejnie naukowa. Stosując sztywno redukcyjne, ilościowe metody nauk fizycznych do problemów, do których nie jest odpowiedni - nie tylko wyjaśniając sprawy - zaostrzyło je. Jest naukowy, a nie naukowy. Atak Wittgensteina na teoretyczną filozofię T aprioryczną według Horwicha jest słuszny. Prawda nie jest istotą. Nie jest własnością przedmiotów w tym sensie, że czerwień jest własnością przedmiotów. Powiedzenie tego stwierdzenia, tj. Kot jest na macie, jest prawdą - to nic więcej niż powiedzenie c (kot jest na macie). Powiedzenie, że c jest prawdą, nie dodaje wartości. Patrząc w ten sposób, prawda nie jest głęboka, ale jest trywialna. Jest to deflacyjna teoria prawdy, której energicznie broni Paul Howrwich. Deflacyjny, ponieważ w słynnym zdaniu Wittgensteinsa „pokazuje drogę z butelki” Wittgenstein, choć tylko w wieku dwudziestu kilku lat, wierząc, że rozwiązał wszystkie problemy filozoficzne, ogłosił swoją emeryturę. Zgodnie ze swoim słowem wycofał się z Cambridge, oddał swoje ogromne dziedzictwo i wycofał się do spokojnego życia na wsi. Próbował swoich sił w nauczaniu dzieci w wieku szkolnym.

W wieku trzydziestu lat napisał tylko jedną książkę. „Tractatus Logico-Philosophicus”, ale zrewolucjonizował filozofię XX wieku. Wittgenstein starał się zredukować pełnię świata do logicznego systemu zimnych faktów, gołych kości fundamentu wszystkiego, co obserwujemy i doświadczamy. Nigdy czegoś takiego nie próbowano. Wittgenstein otrzymał status kultowy. „Tego popołudnia spotkałem Boga na dworcu kolejowym”. W Tractatus nadal nagradzano: „Książka ma nawiedzające piękno”. Nie mniej niż wielki David Foster Wallace wyraził opinię: „Zdanie wstępne traktatu -„ Świat jest wszystkim, co się dzieje - jest największe w Western Lit. (Moim wyborem dla tego, co jest warte, będzie Dickens ”,„ To był najlepszy czas, był najgorszy).

Czterdzieści lat temu przypadkiem w Harvard Coop natknąłem się na małą książkę Wittgensteina, ostatnią, którą napisał - O pewności. To, co zaczęło się jako ciekawość, stało się obsesyjne. Uświadomiłem sobie, że Wittgenstein uderzył w uniwersalny akord zwątpienia. W „On Certainity” chodziło naprawdę o niepewność. Jak możemy być pewni, że coś jest pewne? Jakie są dowody, że coś jest pewne? Jakie są dowody, że same nasze dowody są pewne? Sprowadza się do zaufania, ale komu ufasz?

Mówiąc to, co nie do powiedzenia

Ostatnie zdanie dzieła mistrza Wittgensteina brzmi: „O czym nie można mówić, o czym trzeba milczeć”. Jest to jedno z najbardziej znanych zdań w historii myśli. Wittgenstein, wielki geniusz logicznej i symbolicznej struktury języka, człowiek, który bardziej błyskotliwie pisał o „czarach językowych” niż ktokolwiek, kto kiedykolwiek żył, zasłaniał serce i duszę ludzkiego dyskursu. Nalegał, aby było słuszne, jedyną metodą w filozofii było „nie mówić nic poza tym, co można powiedzieć, tj. Zdania nauk przyrodniczych - coś, co nie ma nic wspólnego z filozofią”.

Jako doświadczony psychoterapeuta, ktoś, kto wysłuchał dziesiątek tysięcy autoportretów, z każdej możliwej ludzkiej perspektywy, muszę potrząsnąć głową nadludzkim, drakońskim ograniczeniem edyktu Wittgensteina. Z psychodynamicznego punktu widzenia Wittgenstein próbuje nadać duchowi ludzkiemu porządek ograniczający.

Mogłem tylko zastanawiać się nad motywacją do takiego odczłowieczenia. Odpowiedź musi leżeć gdzieś w psychice. Co zadałem sobie pytanie, co by pomyślał psychoterapeuta, gdyby rzeczywiście spotkał takiego filozofa?

W tour de force wyobrażałem sobie scenariusz, w którym poruszony Wittgenstein skonsultuje się z psychoterapeutą: tour de force, który stał się długim esejem - „Gdyby Wittgenstein był pacjentem”, który z kolei stał się rozdziałem w mojej pierwszej książce, „Portret artysty jako młodego pacjenta”. Oto krótkie podsumowanie:

Młody filozof wchodzący do biura byłby natychmiast postrzegany jako ekscentryczny i wychowany. Jego ruchy byłyby sztywne. Będzie wokół niego wyczuwalna obojętność; (w rzeczy samej Wittgenstein zauważył kiedyś o sobie - będąc tak oderwanym od przyziemnego prawdziwego świata - że często bierze się go za ślepotę!) Jego mowa - jąkająca się, autorytatywna, wypełniona dziwnym aperusem - wydawałaby się błyskotliwa, ale nieziemska.

Pomijając filozofię, psychoterapeuta najbardziej uderzyłby w interpersonalne osobliwości tego człowieka. Byłby to bowiem ktoś, kto wydawał się niezdolny do zbliżenia się do innej osoby. Człowiek, który wydawał się nienaturalnie podejrzliwy w stosunku do zamiarów drugiego człowieka. Szybki do obrażenia, krytyczny dla błędu; niezwykle kłótliwy. Byłby kimś bez empatii wobec uczuć innych. Jeszcze bardziej niepokojący byłby jego dziwny brak empatii lub zrozumienia własnego burzliwego życia emocjonalnego. Wittgenstein paradoksalnie - który był założycielem filozofii analitycznej - wykazywał niewielkie zainteresowanie analizowaniem źródeł jego głębokiej kreatywności.

Psychoterapeuta nie mógł nie zauważyć, jak torturowany był ten człowiek. Obserwował wiele sposobów, w jakie zdawał się najpierw udawać cierpienia, a następnie usprawiedliwiać je najwyższymi względami moralnymi; („Zawsze powinniśmy starać się być świetni”). Spoglądałby na postawy moralne Wittgensteina - nalegał, aby postawić się na pierwszej linii frontu pierwszej wojny światowej, aby sprawdzić swoją odwagę; w niewytłumaczalny sposób rozdaje całą swoją fortunę milionów; porzucenie filozofii u szczytu jego sukcesu - jako wyraz moralnego masochizmu napędzanego być może winą nie do zniesienia dla ocalałych trzech starszych braci, którzy tragicznie odebrali sobie życie.

Ale było więcej. Oprócz masochizmu istniał sadyzm: co dziwne, podczas swojej pracy jako nauczyciela dzieci w wieku szkolnym Wittgenstein został cenzurowany za doniesienia o stosowaniu kary cielesnej w celu dyscyplinowania zbłąkanych uczniów. Chociaż nie wiadomo, co się naprawdę wydarzyło, wiadomo, że pobyt Wittgensteina jako nauczyciela dzieci w wieku szkolnym nie zakończył się dobrze. Ray mnich, wielki biograf Wittgensteina „The Gutyus” dostarczył niezliczonych przykładów tego, jak niewrażliwy, umyślnie pochłaniający siebie i sadystycznie karny Wittgenstein może być dla prawie każdego - mężczyzny, kobiety lub dziecka, którzy znaleźli się na jego celowniku.

Z tego wynika, że ​​jest to krótki krok, aby spojrzeć na Wittgensteina jako osobę z chorobliwie przesadzonym paranoicznym neurotycznym stylem postrzegania i relacji (klasyczne style neurotyczne Davida Shapiro). Jest to osoba zaślepiona szczegółami, obsesyjnie rządząca, nawiedzana przez rzeczywiste lub wyobrażone wpływy; w ciągłym oblężeniu; z niewiarygodnie wąskim skupieniem, przerażony swoimi uczuciami, patologicznie prywatny o swojej sprzecznej seksualności.

Zadajmy teraz pytanie analogiczne do słynnego Freuda: „Jak neurotyk wybrał swoją nerwicę?” Jak filozof wybiera kierunek studiów, któremu poświęci swoje życie? Aby uzyskać pomoc, wchodzimy na nowe dziedziny neuronauki i neuro-psychoanalizy. Jako dowód wskazujemy na przytłaczający wniosek współczesnej neuronauki oraz psychologii poznawczej i dogłębnej eksploracji psychodynamicznej, że większość świadomego rozumowania jest stronnicza i nieświadomie określona.

W szczególności zauważamy, że z psychodynamicznych dowodów tysięcy narracji własnych pacjentów - nie ma zapory w wyłaniającym się ludzkim umyśle przeciw logicznej sprzeczności. Jak napisałem w mojej recenzji Black Hole Blues Janny Levin, jeśli uważnie słuchasz pacjentów opowiadających o swoim doświadczeniu, nie słyszysz paradoksu. Słyszysz konflikt. Słyszysz jeden poziom umysłu przeciwny do innego poziomu. Słyszysz swoistą prywatną wojnę domową z ideami (lub we wspaniałym zdaniu Christophera Bollasa, Mind Against Self), słyszysz słynnego Freuda, który wślizguje się do akcji. Słyszysz, jak jedna część umysłu ocenia inną. Słyszysz coś bardziej nielogicznego niż logiczny błąd. Słyszysz, jak głęboko irracjonalny może być umysł. Ponieważ ciągle obserwujesz, jak doskonała może być psychika (poprzez swój ulubiony mechanizm obrony przed zaprzeczeniem), aby uzależniająco i bez końca powtarzać to samo zachowanie, oczekując innego rezultatu.

Jeśli umysł nie jest matematycznym niewolnikiem logiki Godelian, to nie jest też programem algorytmicznym poszukującym komputera. Umysł nie jest binarny. Myśli nie są binarne. Qualia nie są binarne. Emocje nie są binarne. Znaczenie i interpretacja nie mogą być określone ilościowo. Thomas Nagel miał rację, gdy powiedział w „View From Nowhere”, że za sto lat patrzymy wstecz i uważamy program sztucznej inteligencji za gigantyczny błąd. Test Turinga od lat 50. był spektakularną porażką. Gdyby czujący komputer mógł zostać zbudowany z perspektywy psychodynamicznej, byłby socjopatą. Istotą ludzkiej tożsamości jest autentyczność, a nie naśladownictwo, nie fałszowanie. Komputer, który przejdzie test Turinga, byłby komputerem Stepforda.

Wittgenstein, nawiedzony przez samobójstwa trzech starszych braci, bojąc się, że jest bliski szaleństwa, trzyma się logiki jak koło ratunkowe. Jeśli uda mu się zredukować świat - świat, który jest „wszystkim, co się dzieje” - do szeregu logicznych „koniecznych” spraw, że będzie bezpieczny, a przynajmniej tak mu się wydaje. Jeśli może pokazać muchie wyjście z butelki - może uda mu się znaleźć wyjście. Nie da się tego zrobić. Nawet geniusz taki jak Wittgenstein nie może wymyślić drogi wyjścia z rozpaczy. Ale się nie poddaje. On nigdy się nie poddaje. W swojej drugiej ważnej książce pt. „Badania filozoficzne” będzie próbował przerobić wiele z tego, co zrobił w swojej pierwszej książce. Teraz zamiast fundamentu niewzruszonych relacji logicznych istnieje zamiast tego bałaganiarski świat codziennego języka. Znaczenie jest definiowane przez użycie, a użycie ujawnia się poprzez gry językowe. Gry językowe są organizowane nie przez logiczne „obowiązkowe”, ale „rodzinne podobieństwa”.

Jako pisarz, a także psychoterapeuta, ktoś, kto słuchał dziesiątek tysięcy cierpliwych (i nie cierpliwych) narracji o sobie, uderza mnie „rozmycie” logiki. Bóg jak „logiczna konieczność”, tak honorowany przez profesjonalnych logików, prawie nigdy nie jest słyszany. Zamiast tego słychać coś podobnego do słynnego „strumienia myśli” Williama Jamesa. Zdania wędrują, „uciekają”, zatrzymują się, podsumowują, skąd pochodzą, z niepokojem spoglądają na „półcienie” znaczenia. Nie są skonstruowane jak miniaturowe zegarki niezliczonych części, wszystkie działające razem. Logika ma tylko jedną wersję roboczą. Zdania mają wiele. Logika jest tylko jednym narzędziem. Metafora, analogia, gesty, zachowanie, podtekst, dźwięk, sygnały tonalne to inne narzędzia komunikacji.

Żadne z nich nie ma na celu umniejszenia geniuszu Wittgensteina. Kiedy wyraziłem opinię, że Wittgenstein, bez względu na to, w jakim stopniu obecnie jest poza modą, jest „nieśmiertelny jak Kafka i Freud”, całkowicie się zgodził.

Co zatem jest takiego specjalnego w Wittgenstein? Cóż, tutaj wśród tysięcy przykładów jest ten, który szczególnie lubię (z gramatyki filozoficznej). Wittgenstein przedstawia swoją podwórkową „koncepcję prawdy”. Twierdzenia są jak kije podwórkowe kładzione przeciwko pewnym twierdzeniom o rzeczywistości. Wittgenstein zastanawia się, jakie znaczenie należy przypisać znacznikowi zerowemu? Kończy on zaskakującą uwagą: „Mówienie na przykład, że nie ma pieniędzy na koncie bankowym, nie oznacza, że ​​nie ma na nim róż. Wittgenstein, jeśli go rozumiem, mówi, że nie ma uniwersalnego „nie kosmosu”. Istnieją tylko określone nieobecności, wynikające z logicznej formy gry językowej, w której się pojawia. Nikt przy zdrowych zmysłach nigdy nie powiedziałby: „na moim koncie bankowym nie ma róż”. Ale o to chodzi. „Zaklęcie języka”, które tworzy skrzyżowane metafory, może wystąpić bardzo głęboko w nieświadomości językowej. Zadaniem filozofa analitycznego jest odsłonięcie splątania, aby pokazać muchie wyjście z butelki.

Nie wiem, w jakim stopniu Paul Horwich uznałby te psychodynamiczne refleksje za istotne w badaniu Wittgensteina. Wiem, że podczas naszej trwającej dwie i pół godziny rozmowy nie mógł być bardziej wrażliwy i empatyczny wobec moich uczuć. Było jasne, że nadszedł czas, aby odszedł. Czekał na niego siedmioletni syn i żona. Jak zawsze dałem mu niespodziewany prezent: kopię mojej książki „Bóg i terapia, w co wierzymy, gdy nikt nie patrzy”. Tym razem jednak załączyłem kopię mojej pierwszej książki w miękkiej okładce „Portret artysty jako młodego pacjenta”. Tuż przed rozdziałem umieściłem zakładkę „jeśli Wittgenstein byłby pacjentem”. (Jedyne, co napisałem o Wittgensteinie).

Pozornie filozof nie byłby bardziej zachwycony.

„Spójrz na to”, powiedział promieniejąc.

Potem poszedł zobaczyć się z żoną i synem. Co, jak myślę, z pewnością moglibyśmy się zgodzić, było ważniejsze niż logika.

Gerald Alper

Autor, Bóg i terapia

W co wierzymy, gdy nikt nie patrzy.